Insignia B po lifcie i przed
KategorieFelietonyNowocześnie

Opel Insignia – wrażenia użytkownika

Nowsze wrogiem dobrego?

Insignia przestrzeń bagażowa
Opel Insignia ma całkiem spory bagażnik, chociaż tak długie nogi się już tu nie zmieściły. Foto autora.

Parafrazując powiedzenie „lepsze wrogiem dobrego” próbuję znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego nowsze nie zawsze znaczy lepsze?

Gdy zdarza mi się opisywać zabytkową motoryzację odnoszę wrażenie, że mówię o negatywach klasycznych aut nie w kontekście wad, a raczej cech, które te uprzywilejowane pojazdy po prostu posiadają. Oczywiste jest, że dużo im się wybacza. Inaczej jest z autami nowymi. Tutaj wymagania i oczekiwania rosną z każdym nowym modelem. Konkurencja jest zajadła, a opiniotwórców jest tyle co użytkowników – miliony. Na co dzień pokonuję wiele kilometrów i przez ostatnie 25 lat przemierzałem je niezliczoną ilością Toyot, Fordów czy Opli, przeplatanych czasem autami francuskich marek.

Dziś bohaterem jest Opel Insignia 2,0 CTDi, które mam przyjemność użytkować jako 3 auto tego modelu z rzędu. Poznałem więc poprzednią generację, obarczoną masą niepotrzebnych plastików i innych tworzyw, które skutecznie zmniejszały ilość miejsca w bagażniku i w kabinie, a szczególnie dla pasażerów z tyłu. Co do tej wersji (mowa o Oplu Insignia A, Sports Tourer) miałem wiele zastrzeżeń użytkowych i ergonomicznych, takich jak niewygodny podłokietnik, za bardzo zakrzywiona deska, o którą uderzało się wsiadając i parę innych drobiazgów irytujących na co dzień. Jakże więc miłą odmianą była dla mnie kolejna generacja Opla, czyli Insignia B, gdzie wszystkie powyższe mankamenty

zostały usunięte, auto stało się nad wyraz wygodne, komfortowe fotele dawały przyjemność z jazdy wszystkim pasażerom, auto świetnie trzymało się drogi, posiadało rewelacyjne lampy przednie z adaptacyjnym systemem doświetlania poboczy, których wcześniej nie podejrzewałem nawet, że mogą mieć tak wysoką wartość użytkową. Co najważniejsze, 170-konny silnik i 6 biegowa przekładnia manualna dawały naprawdę radość z jazdy. Auto przez 3 lata i prawie 200 tys. km nigdy mnie nie zawiodło, było ekonomiczne i wygodne w podróżach służbowych jak i rodzinnych, czyli z większym obciążeniem (nie że rodzina jest obciążeniem, oczywiście 🙂 ). Do tej oceny przyczynia się sam bagażnik, także dużo większy, niż w poprzedniej wersji. Na dodatek wybór koloru – białego, perłowego był bardzo trafnym. W wyglądzie można było zauważyć dobre proporcje auta, jak i elegancję podkreśloną gdzieniegdzie chromowanymi dodatkami. Auto naprawdę mogło się podobać w swojej linii i posturze. Na pochwałę zasługiwały również dodatkowe elementy wyposażenia, jak np. „pakiet zima”, z ogrzewaną kierownicą, podgrzewanym strumieniem powietrza, z podgrzewanymi fotelami oraz przednią szybą. Również całe centrum dowodzenia audio, nawigacją oraz klimatem wewnątrz było bardzo intuicyjne i przyjazne. Bardzo cenię sobie manualne pokrętła sterowania temperaturą, czy głośnością. Szczególnie gdy trzeba to wykonywać zimą, zanim „pakiet zima” zacznie być na dobre odczuwalny. Ostatni akapit jest o tyle ważny, bo nie zawsze w samochodach innych marek (nawet droższych) jest to tak przemyślane. Wygodnym dodatkiem było też automatyczne podnoszenie klapy bagażnika, przy której wcale nie trzeba było się upokarzać pod marketem wymachując nogą i tańcząc breakdance z rękoma pełnymi zakupów.

Insignia B po lifcie i przed
Przód uległ modyfikacjom atrapy, lamp i świateł przeciwmgłowych. Foto autora.

Ostatnia odsłona Opla to lifting z 2020 roku, w wyniku którego zmieniono nieco przód, dokonano zmian w zawieszeniu oraz całkowicie zmieniono motor, o którym również tutaj była mowa. I tu nawiązując do wstępu, byłem bardzo ciekaw nowości i bardzo liczyłem na duży zachwyt. Tym bardziej, że poprzednik się sprawdził, a ja sam odrzuciłem dwie inne propozycje aut z tego przedziału cenowego. Kusił silnik, „aż” o 4 KM mocniejszy, ponoć jeszcze lepsze lampy, wyposażenie wnętrza, no i różne gadżety. W takich okolicznościach nie mogłem sobie odmówić również luksusu, jakim jest automatyczna skrzynia biegów. Niestety, z przykrością stwierdzam, że rozczarowanie nastąpiło na całej linii. W zasadzie wszystkie wymienione wcześniej zalety straciły mocno na wartości. Silnik produkowany w kooperacji francuskiej jest głośniejszy i pomimo większej mocy ma mniejszy moment obrotowy (spadł z 400 do 380 NM), co prawda dostępny już przy niższych obrotach (1500-2750), ale w praktyce to się nie broni. Na wyższych obrotach silnik pracuje nieprzyjemnie dla ucha, jakby się męczył. Jak Francuz zmuszony do pracy w porze drzemki. Automatyczna skrzynia działa dobrze tylko przy wolnej i płynnej jeździe, jednak gdy potrzeba przyspieszenia reaguje z dużym opóźnieniem i z częstym, frustrującym niezdecydowaniem. Pod tym względem osobiście lepiej dogaduję się z 3-stopniowymi skrzyniami w 50-letnich autach, niż z tym współczesnym 8-biegowym urządzeniem. Całkowicie negatywnym i rozczarowującym dla mnie czynnikiem jest bezprecedensowe zużycie oleju, na poziomie 2,5 litra na pierwsze 30 tys. km.

Insignia tył
Opel Insignia B – widok z tyłu. Przed liftem (biała) i po lifcie z 2020 roku. Foto autora.

Z zewnątrz zmiany sprowadzają się do dwóch wydechów w tylnej części nadwozia, oraz zmiany atrapy, lamp i świateł przeciwmgłowych, które w moim odczuciu zmieniono na mniej korzystne. Poprzednie halogeny wraz z chromowaną poziomą listewką optycznie poszerzały auto i sprawiało je bardziej przylepionym do nawierzchni. Zresztą, w którejś z opinii dziennikarzy przeczytałem zgoła odmienny argument, że to właśnie nowa Insignia w założeniach projektantów ma sprawiać wrażenie, że wizualnie bardziej trzyma się drogi, a jej nadwozie jest optycznie szersze i niższe. Dla mnie odwrotnie. To było też powodem wyboru czarnego lakieru w nowym aucie. Po pierwsze nie ma już opcji perłowego białego, a po drugie właśnie te elementy ozdobne, są wyłącznie w kolorze czarnym, co mocno kontrastuje przy innych odcieniach i powoduje optyczne zaburzenie proporcji szerokości do wysokości przodu auta. Mnie się to nie podoba, ale wiadomo: de gustibus non est disputandum!

Wnętrze. Nowsze fotele AGR z materiałowej tapicerki są wygodne i są regulowane elektrycznie, wyposażone w podgrzewanie, jak i funkcję masażu. Niestety ku mojemu zaskoczeniu elementy mechanicznego sterowania foteli i masażu zajmują więcej przestrzeni, co sprawiło, że dla mnie – osoby wysokiej – jest w efekcie dużo mniej miejsca. Fotel jest wyżej, nie odsuwa się tak jak wcześniej i przez to pozbawiłem się ogromnej wygody, którą miał wcześniejszy model. Funkcja masażu nie rekompensuje braku miejsca. Nawet gdyby była dostępna z olejkiem. Pozostałe elementy wnętrza zasługują natomiast na pochwałę, są dobrze wykonane, z przyjemnych materiałów i wszystkie przełączniki, jak i panel sterowania są w zasięgu i dobrze się nimi zarządza. W tej wersji jest też wyświetlacz Head-Up, który dla niektórych stanowi niezły bajer, rodem z myśliwców, ale w niektórych sytuacjach wyświetlacz rozprasza i trzeba go wyłączyć. Choć gdyby była w nim funkcja wyświetlania poziomu oleju w silniku, to z pewnością należałoby go pozostawić na widoku 🙂

Bardzo istotna rzecz, którą subiektywnie (lecz również z innymi kierowcami) oceniam to pogorszenie właściwości jezdnych. Poprzedni model wielokrotnie dał mi do zrozumienia, że auto pojedzie dokładnie tam gdzie nakaże położenie kierownicy i nawet ostre próby złamania jego delikatnej powściągliwości nie wytrącały samochodu z zadanego toru jazdy. To naprawdę w moim odczuciu było niebywałe, jak na auto o niemałej masie. Aktualnie niestety auto nie trzyma się tak drogi. I to, co ciekawe również na prostych odcinkach. Trzeba cały czas kontrolować ten „joystickowy” sposób prowadzenia. Utracono poczucie dobrego połączenia kierownicy z zawieszeniem i układem kierowniczym. Oczywiście bardzo mocno czuwają tu wszelkie systemy, z asystentem pasa ruchu włącznie. Niestety tacy asystenci mogą wpędzić w większe kłopoty i motanie autem niż moja własna, wrodzona delikatność. W tym miejscu muszę dodać, że pozostałe systemy bezpieczeństwa, które stały się chyba już obowiązkowe kilkukrotnie spowodowały bardzo niebezpieczne sytuacje nagłego zatrzymania auta, w sytuacjach nieuzasadnionych. Częstym przykładem, na który zalecam zwrócić uwagę i zachować ostrożność to bramki autostradowe i wszelkie inne ruchome elementy infrastruktury drogowej, które pojazd może wykryć jako pieszych. Proszę mi wierzyć: zaskoczenie z nagłego samoczynnego zatrzymania auta – bezcenne. Lecz o tym szerzej napiszę kiedyś w odrębnym felietonie.

Ostatnią kwestią wartą wspomnienia, niestety również w kontekście negatywnym to dużo większa ilość zużywanego dodatku AdBlue. Na szczęście cały czas i tak większa niż …spalanego oleju.

Całość sprawiła, że moje oczekiwanie, a przy dzisiejszej gospodarce wręcz „wyczekiwanie” na nowe auto nie do końca zostało zaspokojone. Szkoda. Lubiłem swój poprzedni wóz. Gdy przyjdzie mi wybrać ponownie, niestety nie będzie to już ten model.

Cockpit
Kokpit Insignii dobrze wygląda. U góry widać wyświetlacz Head-Up. Foto autora.